Któż z nas nie zna tego uczucia: zagryzamy zęby i robimy, co nam kazał, chociaż najchętniej rzucilibyśmy wszystko w cztery kąty i poszli do domu. W moim życiu całe szczęście nie miałam wielu nieznośnych szefów, ale jeden dał mi się we znaki całkiem konkretnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż po kilku miesiącach pracy nad sobą w końcu nasze stosunki bardzo się poprawiły. Nie żeby mój szef się zmienił – co to, to nie! Co się zmieniło, to moje spojrzenie na niego i całą sytuację.
„Change the way you look at things and the things will change” Na pierwszy rzut oka nawet go polubiłam. Sympatyczny facet, pomyślałam. Jak później sie okazało – sympatyczny to i on był, jak najbardziej. Ale jako manager niestety zupełnie się nie sprawdzał i doprowadzał każdego podwładnego do krańcowej frustracji.
Doznałam już tego pierwszego dnia w pracy. Oczekiwałam, iż wprowadzi mnie w tajniki czekających na mnie zadań, opowie o historii naszego biznesu, nakreśli czekające na nas wyzwania i cele, itp. Nic z tych rzeczy! Czekałam kilka tygodni na to, aby w końcu sie mną „zajął”, jednak na próżno. Poczułam się pozostawiona sama sobie, niepotrzebna, niedowartościowana. Powoli zaczęłam sobie zadawać pytanie, po co tu właściwie jestem. Frustracja narastała z dnia na dzień, w głębi duszy nienawidziłam go. On pewnie też odczuwał moją niechęć do niego, wynikiem czego nasze stosunki ciągle się pogarszały.
W końcu postawiłam sobie pytanie: do czego to prowadzi? Jestem niezadowolona, sfrustrowana jego zachowaniem, czyli tak naprawdę chcę, aby on się zmienił, był lepszym szefem. Ale czy to moje pragnienie jest realne? Jakie są szanse, że mój szef się zmieni, bo ja tego chcę? Jaki mam na to wpływ? Prawie żadny.
Jakie byłoby zatem sensowne rozwiązanie tej sytuacji?
Miałam następujące możliwości:
1. Zmienić pracę
2. Zmienić moje podejście do szefa
Nr.1. Zmienić pracę
Wymagałoby to znów wiele wysiłku i energii. Oznaczałoby to również, że jestem słaba psychicznie, nie zdolna stawić czoła trudnej sytuacji.
Nr.2. Zmienić siebie
Chmm, to wydawało się już nieco sensowniejsze. Stwierdziłam, iż musze po prostu zmienić spojrzenie na mojego szefa. Jeśli dam mu do zrozumienia, co naprawdę o nim myślę, pogorszy to jeszcze bardziej moją sytuację. Wtedy może zamknąć się w sobie, i odsunąć się ode mnie zupełnie. To nie pomoże mi w niczym. Postaram się po prostu, aby mnie polubił.
I to było właśnie wyjście z sytuacji. Zaakceptowałam fakt, iż mój szef jest, jaki jest i przestałam się denerwować, wytykać jego błędy i ogólnie użalać się na moją sytuację. Zdałam sobie sprawę ze tego, iż cały czas grałam rolę ofiary („on jest winien wszystkiemu”). Postanowiłam w końcu przyjąć odpowiedzialność za moje życie, za to, jak reaguję na moje otoczenie, trudne sytuacje, na innych ludzi. Podjęłam inicjatywę, koncentrowałam się na moich zadaniach w pracy, a zarazem w stosunku do mojego szefa postępowałam według zasad, które opisałam w artykule „Jak zdobywać przyjaciół i zjednywać sobie ludzi?”. Efekt był naprawdę zaskakujący: moje relacje z szefem znacznie się poprawiły, zdenerwowanie i niezadowolenie zniknęły, a praca nagle zaczęła naprawdę sprawiać przyjemność. Z czasem dostrzegłam, iż mój szef tak naprawdę jest interesującym człowiekiem, od którego dużo można się nauczyć. Naprawdę polecam tę strategię, jeśli chcecie polepszyć swoje stosunki z szefem!


Podpisuję się po tym postem wszystkimi łapkami
Nie ma nic gorszego niż wskazywanie palcami na wszystkich dokoła wołając “On jest winny, ona winna!”. Wzmacnia to tylko mentalność ofiary i przynosi tylko pozorną, chwilową ulgę.
Mam znajomą której terapeutka zaleciła by swoją złość na matkę wyładowywała bijąc pięściami w poduszkę. Co ciekawe, minęły dwa lata a ona wciąż to robi. Nie usunęła źródła gniewu, a jedynie łagodzi jego skutek. Dlatego uważam że zanim zaczniemy zmieniać innych – zmieńmy się sami