Oct 11 2007

Lew salonowy, czyli nawiązywanie kontaktów w praktyce

Ci z Was, którzy od czasu do czasu odwiedzają moją stronę zdążyli już pewnie zauważyć, iż umiejętności nawiązywania kontaktów uważam za kluczowe dla osiągnięcia sukcesu w życiu. Co prawda jeszcze nie opanowałam tej umiejętności do takiej perfekcji, jak moja koleżanka Sandra, ale staram się pracować nad sobą każdego dnia. I jest coraz lepiej.

Ostatnio postanowiłam przeprowadzić eksperyment i sprawdzić, czy mogę zostać lwem (lwicą?) salonowym „na zawołanie”. W ubiegłą sobotę byliśmy zaproszeni na wesele do znajomych. Była to impreza na kilkadziesiąt osób, z których znałam osobiście jedynie kilka. Zwykle w takich przypadkach staram się odnaleźć przebywających na imprezie znajomych i spędzam czas w ich towarzystwie (czyli pozostaję w mojej strefie komfortu, gdzie jest przyjemnie i bezpiecznie).

Tym razem zdecydowałam się na inną taktykę. Postanowiłam przejąć inicjatywę i „wyjść do ludzi”. Założyłam sobie, iż:

  • Podczas całego przyjęcia będę rozmawiała przede wszystkim z ludźmi, których nie znam
  • Co 15-20 minut będę zmieniała rozmówcę (chyba, iż zawiąże się niezwykle ciekawa konwersacja). To wystarczy, aby osiągnąć pewien stopień poufałości, ale nie za długo, aby się sobą znudzić.

Właściwie takie postępowanie jest jak najbardziej logiczne – impreza tego rodzaju to przecież okazja do spotkania nowych, ciekawych ludzi, poszerzenia własnych horyzontów. Jednak takie zachowanie nie jest naprawdę czymś, co robimy automatycznie. Ja niestety nadzwyczaj chętnie pozostaję w mojej comfort zone.

W dniu wesela przywdziałam zatem moją najlepszą wyjściową kreację (jak na lwicę salonową przystało, należy się wyróżniać!) i wyruszyliśmy na imprezę. Goście weselni byli mocno zróżnicowani pod względem narodowościowym – Szwedzi, Holendrzy, Amerykanie, no i oczywiście Niemcy. Rozpoczęłam od Szwedów. Z natury spokojni, zamknięci w sobie, czuli się trochę zagubieni. Zaczęłam klasycznym small talkiem – jak się podoba region, czy już byli w Niemczech, itp. Kiedy już trochę się rozkręcili, rzuciłam opowiastkę o tym, jak wygląda polskie wesele i już było wesoło. Powoli przesuwałam się w stronę Amerykanów – tutaj nie było trudno, jako, iż Amerykanie generalnie są otwarci. Konwersacje rozkręcały się bardzo szybko – najczęściej rozmawialiśmy o pracy, o urlopie, itp. Następnie przyszła kolej na Holendrów i Niemców. Po kilku godzinach znałam już prawie każdego na sali. Nadszedł zatem czas na zacieśnianie znajomości. Tutaj z pomocą przyszła muzyka – szaleliśmy wszyscy na parkiecie jak starzy znajomi.

Znacznie w całym procesie pomogła również stara, dobra żubrowka, którą przezornie zabraliśmy ze sobą. Jako, iż na przyjęciu królowało przede wszystkim wino, butelka polskiego trunku została przyjęta z wielkim zainteresowaniem i przyczyniła się do zbratania całego towarzystwa weselnego.

Zabawa przeciągnęła się do białego rana, a i mój cel został osiągnięty. Muszę przyznać, iż ten eksperyment niezwykle mi się spodobał. Konwersacje z tak wieloma osobami wymagały ode mnie trochę wysiłku, ale dały mi również bardzo dużo satysfakcji. Dowiedziałam się, iż bycie zawodowym spadochroniarzem to bardzo ciekawa praca, że w Nowym Jorku niekoniecznie żyje się super, że Jamajka to fajne miejsce na podróż poślubną, itd. Przy okazji sprawiłam, iż kilka osób, które niekoniecznie lubią tańczyć, spędziło kilka godzin bawiąc się w najlepsze na parkiecie.

Myślę, iż nie przeżyłabym tego przyjęcia tak ciekawie i intensywnie, gdyby nie mój mały eksperyment. Na pewno nie dowiedziałabym się tylu nowych rzeczy bawiąc się jedynie w kręgu znajomych.

To niesamowite, jak wiele możemy zyskać, otwierając się na innych ludzi. I jak wiele satysfakcji to daje. Nie każdy ma takie zachowanie w genach (ja przynajmniej nie), ale na pewno można się nauczyć bycia lwem salonowym! A wiec ćwiczę dalej! :-)

Dodaj do wykopu:
  • Wykop

2 komentarze

2 Odpowiedzi to “Lew salonowy, czyli nawiązywanie kontaktów w praktyce”

  1. Wioletta says:

    Witam :-) !

    Prawda? Gratuluję dobrej zabawy i skutecznego wdrożenia eksperymentu!
    Jak to mówią do odważnych świat należy :-) . To duży sukces zważywszy, że były to rozmowy odbyte “twarzą w twarz”, a to zdecydowanie trudniejsze zadanie niż np. networking :-) .

    Ja też uważam, że kontakty z innymi to najcudowniejszy dopalacz pod słońcem! Życzę sukcesów w praktykowaniu wychodzenia do ludzi….

    Pozdrawiam serdecznie :-)

  2. Gosia says:

    Dziekuje Wioletta!

    Okazuje sie, iz ten eksperyment przeprowadzam nieswiadomie coraz czesciej! Narawde sprawia frajde! :-)

    Pozdrawiam serdecznie,

    Gosia

Zostaw komentarz