Oct 26 2008
Nie mam ochoty być produktywna!
Kiedy wiele lat temu zafascynowałam się rozwojem osobistym, wiedziałam, iż od tej pory moje życie nabierze nowego wymiaru. Rozpoczęłam wtedy czytanie wszelakich dostępnych książek na temat samorozwoju, słuchanie audio booków, zajęłam się stawianiem celów oraz starałam się wyeliminować większość moich złych przyzwyczajeń, które ograniczały moją produktywność. Z czasem stałam się niezwykle wymagająca w stosunku do siebie. Coraz rzadziej pozwalałam sobie na tzw. nicnierobienie (no bo przecież muszę być produktywna, pracować nad osiągnięciem celów, nad utrzymaniem formy, nad pozytywnym myśleniem, itp. itd.). Przestałam oglądać telewizję, chodzić na trwające do rana imprezy (no bo przecież nie mogę pozwolić sobie na bóle głowy następnego dnia, muszę być wypoczęta!), no i generalnie zaprzestałam spędzania czasu w sposób nieproduktywny.
Z czasem lista nieproduktywnych (czyli niedozwolonych) zajęć powiększała się, zaś moje życie stawało się, przyznajmy się do tego, coraz nudniejsze. Tego nie mogę, tamtego nie mogę, bo przecież to mnie nie rozwija, bo nie daje możliwości nauczenia się czegoś. W końcu zatrzymałam się na chwilę, i zastanowiłam się, do czego właściwie dążę? Do osiągnięcia perfekcji, kiedyś tam? Tymczasem życie biegnie do przodu, a ja jakbym nie miała na nie czasu.
To nauczyło mnie, iż trzeba być dla siebie po prostu dobrym. Nie za ostrym, nie zbyt łagodnym, ale na pewno nie można brać życia za bardzo na serio! Uważam, iż praca nad sobą powinna być nieodłącznym składnikiem naszego życia. Ale jednocześnie nie jesteśmy robotami i od czasu do czasu możemy sobie pozwolić na odreagowanie bez jakiegokolwiek poczucia winy, robienie rzeczy przyjemnych, choć nie przyczyniających się wprost do osiągnięcia naszych celów. Chodzi tu głównie o utrzymanie balansu w życiu.
Tak więc co robię dziś wieczorem w myśl powyższego? Na początek położę się wygodnie na kanapie i poczytam magazyn o gwiazdach Hollywoodu, następnie przyjdzie pora na długie babskie pogaduszki z koleżanką, po czym obejrzę film “Seks w wielkim mieście”, na który to już od dawna miałam ochotę. Ot takie małe przyjemności, nie przybliżające mnie w zawrotnym tempie do osiągnięcia moich celów. I nie mam z tym problemu!
Pozdrawiam serdecznie!
6 komentarze



Taka jest właśnie pułapka, gdy zbytnio przesadzimy z samorozwojem. W tym wszystkim powinna być przyjemność… jeśli wiąże się to z ograniczaniem siebie to to nie ma nic wspólnego z samorozwojem, który z definicji ma zwiększać nasze możliwości.
Takie “oderwane” chwile pozwalają zweryfikować czy kurs obrany przez nas jest właściwy. Jeśli coś jest nie tak to zastanawiam się jak to zmienić, w którą stronę się rozwijać.
Gdyby biegacz cały czas biegał to by się przetrenował. Nawet najlepsi sportowcy poświęcają czas na codzienne przyjemności
Życzę przyjemnego wieczoru
Pozdrawiam,
Orest
Witaj Orest!
Dokładnie o to chodzi, tak jak piszesz, aby nie przedawkować. Chyba odnosi się to do wszystkiego.
Pozdrawiam serdecznie!
Gosia
P.S. Jestem już na bieżąca, co do rozwoju wypadków w Hollywood. Ostatnio czytałam, ze Brad Pitt i Angelina chcą się rozstać, a tu dziś dowiedziałam się z mojego ulubionego magazynu “In Touch”, ze oni nie tylko mają się jak najlepiej, a są w drodze do następnej adopcji. Nie ma to jak trzymać rękę na pulsie!
Dzień dobry
gdzie indziej na taki rodzaj praktyki mówią chillout. ty nazywasz to balansem, ja luzem. praktyka uśmiechu- jak koreańscy mnisi.
spokojnie- jakie książki, wszak teraz widzimy, słyszymy i otrzymujemy Dharmę.
oto nauka Tathagaty
Zenza – świetne zestawienie… aż sobie zachowam ten komentarz, aby do niego powracać
Pozdrawiam,
Orest
Najciekawsze jest to, że odbieram to niemal tak samo jak Ty opisałaś.Niedawno pokusiłem się o wpis na blogu o nezwykle podobnej tematyce (i to nie plagiat
Balans jest chyba jednym z kluczowych słów, jeśli chcesz prowadzić dobre życie. Wszyscy zawsze tęsknią za równowaga, mają za mało czegoś a za dużo czegoś innego. Jeśli upora się z tym kiedyś jakiś filozof, będziemy mieli prawdziwy złoty środek
arturpe!
Witaj na blogu!
O balansie w życiu słyszymy prawie każdego dnia, ale mimo to tak trudno wprowadzić to w życie…
Myślę nawet, ze nie potrzeba nam tu filozofów, każdy z nas wie doskonale, czego nam potrzeba, aby osiągnąć balans w życiu. Wbrew pozorom to dziecinnie proste.
Pozdrawiam serdecznie!
Gosia