Wczoraj przydarzyła mi się ciekawa historia. Wieczorem poszłam z kolegą na medytację zen, prowadzoną przez mojego znajomego nauczyciela zen. Zajęcia grupy odbywały się w pobliskim centrum yogi. Grupa liczyła kilka osób, wśród nich była również właścicielka tegoż właśnie centrum. Po zajęciach rozmawiałam jeszcze przez chwilę z moim znajomym, przy czym rozmowa przeszła na temat yogi. Stwierdziłam, iż już od miesięcy chcę się wybrać na yogę, ale nie mogę się zmusić, i nie znalazłam jeszcze żadnej szkoły, która by mi odpowiadała. Wyraziłam mój zachwyt dla yogi i chęć przyłączenia się do jakiejś grupy. Całej rozmowie przysłuchiwała się też wspomniana właścicielka centrum yogi. Jej reakcja na moje wywody? Nie odezwała się ani słowem. Zignorowała mnie. Potencjalny klient? Zapomnij.
A ja przecież stworzyłam idealną sytuację, aby ona wkroczyła do akcji i zachęciła mnie jakimś kursem dla początkujących, jaki oferuje jej centrum. Oto stałam przed nią – idealna kandydatka na jej klientkę. Mówiąc szczerze, ja nawet czekałam, aby z jej strony wyszła jakaś propozycja, bo naprawdę miałam ochotę zająć się yogą na poważnie. Dałam jej tyle wskazówek, ale chciałam, żeby powalczyła o mnie jako klienta. Ale ona nie wykorzystała tak oczywistej szansy. To jak ona zdobywa klientów, pomyślałam. Po wczorajszym wieczorze już wiedziałam, iż jeśli kiedykolwiek wybiorę się na yoge, to na pewno nie do tego centrum. Byłam rozeźlona, iż ona nie chciała o mnie walczyć. Jeśli jej się nie chciało, to ja na pewno nie mam ochoty podać się jej na tacy.
Podobnie jest z każdą sprzedażą. Tak naprawdę klienci chcą, aby o nich walczyć. Ta walka on nich daje im poczucie, iż są dla kogoś ważni. Ja poczułam się zignorowana, niewarta fatygi. Podobne mam uczucie, kiedy jestem w sklepie, a ekspedientka zajęta jest czymś innym, niż mną. Nie zawsze uda nam się sprzedać. Ale zawsze trzeba próbować, jeśli mamy najmniejsze podejrzenie, że warto. Z szacunku dla klienta!
Na koniec zamieszczam jeszcze wycinek z filmu “Glengarry Glen Ross” ze sławną przemową na temat zamykania sprzedaży, uwielbiam ten kawałek.
ABC.
Pozdrawiam serdecznie!


Czasem mam ochotę wyjechać do odciętej od świata wsi i tam chodować dla siebie kurki, zdala od tego mechanizmu sprzedaży
Nie bardzo odpowiada mi taki sposób sprzedawania. Może to wynikać z mojego podejścia, że klient powienien sam wiedzieć, że chce i zapytać mnie tylko o zdanie “które lepsze / co wybrać” i wtedy tylko dostarczam mu to co on chce.
Zdaje mi się, że ta właścicielka mogła mieć doświadczenie z osobami, które mówiły, że chcą ćwiczyć yogę, były przez pierwszy miesiąc i później nikt ich na oczy nie widział. Aczkolwiek to tylko moja spekulacja.
Pozdrawiam,
Orest
Orest!
Dzięki za wpis. Mimo to pozostaję przy swojej “strategii sprzedaży”.
. Nie nazwałabym tego zresztą strategią, ale sposobem na życie.
Warunkiem działania powyższej “strategii” jest fakt, iż identyfikujesz się z produktem, który sprzedajesz w 100%, że wierzysz, iż ten produkt zmienia życie ludzi i świat na lepsze. Jeśli tak jest, to czekanie aż ktoś do mnie przyjdzie, jest stratą czasu. W takiej sytuacji muszę wyjść do ludzi, i wykorzystać każdą szansę, aby im powiedzieć, w jaki sposób mogę zmienić ich życie na lepsze. To mój obowiązek.
Ale nie każdy musi się z tym zgadzać!
Pozdrawiam serdecznie!
Gosia
Kwestia podejścia. Cierpię gdy muszę się narzucać komuś choćby przez chwilę… a tak jest w początkowym etapie, gdy odbiorca nie wie jak to zmieni jego świat i trzeba się trochę ponarzucać. Wolę podejście informacyjne, czyli jeśli jest okazja to mówię co robię, co mogę zrobić, dostarczyć i jak ktoś będzie chciał to przyjdzie, zapyta, kupi.
Zmniejsza to moje szanse na sprzedaż, lecz ja z tym się wygodniej czuję.
I ze mną też wcale nie trzeba się zgadzać
Pozdrawiam,
Orest
[...] sprzeda? “wmuszana” – Gosia wywo?a?a kwesti? sprzedawania, poprzez docieranie do klienta ze swoim produktem i natychmiastow? jego sprzeda?. Tak naprawd? [...]