Archive for April, 2010

27 Apr 2010

Poranna rutyna

16 Comments Efektywność, Rozwój Osobisty, Sukces

To, w jaki sposób zaczynamy nasz dzień, ma niesamowity wpływ na to, jak ten dzień się potoczy. I to zależy właśnie od naszej porannej rutyny.

Swojego czasu moja poranna rutyna wyglądała w ten sposób: pobudka rano, prysznic, ubranie się do pracy, szybka kawa. Zwykle potrzebowałam na to trochę ponad pól godziny. Byłam naprawdę efektywna! ;-) Najczęściej zapominałam o śniadaniu. Jako rezultat często czułam się w pracy zmęczona. W pewnym momencie poczułam, że to nie jest dla mnie dobre i postanowiłam zmienić moją poranną rutynę.

Od tego czasu minęło już parę dobrych lat. W tym czasie eksperymentowałam z rożnymi stylami rozpoczynania mojego dnia, i wszystkie miały wspólny mianownik: przed nawiązaniem kontaktu ze światem zewnętrznym, najpierw poświęcałam czas dla siebie.

Oto jak wygląda obecnie moja poranna rutyna:

6:00 – Pobudka

6:10 – Poranna kawa

6:20 – Medytacja

6:45 – Przygotowanie pożywnego śniadania – musli, owoce, itp.

7:00 – Śniadanie

7:20 – Prysznic

7:40 – Gotowa na rozpoczęcie dnia! :-)

Trzy razy w tygodniu z samego rana biegam, więc wtedy moja poranna rutyna wydłuża się mniej więcej o 30 minut.

Jak widzicie, zanim w ogóle rozpocznę kontakt ze światem zewnętrznym, upływa półtorej – do dwóch godzin. W tym czasie nie sprawdzam maili ani mojego telefonu. Ten czas jest całkowicie dla mnie, pozwala mi się skoncentrować na sobie i zebrać siły na nadchodzący dzień. Muszę przyznać, że naprawdę potrzebuję każdego dnia tego czasu dla siebie i uwielbiam te poranki! :-)

Czasami zdarza się, jak to w życiu bywa, że wyłamuję się z mojej porannej rutyny, i od razu zauważam to w moim samopoczuciu – brak koncentracji, ogólna drażliwość, itp. Wtedy znów potulnie powracam do mojego planu! Zachęcam Was do stworzenia własnej porannej rutyny, minimum godzinę tylko dla siebie samych. Warto! :-)

Pozdrawiam serdecznie!

07 Apr 2010

O akceptacji – raz jeszcze

No Comments Rozwój Osobisty, Sukces

W jednym z moich postów pisałam o tym, jak siła akceptacji pozwala zniwelować ból. W artykule jako przykład podałam ból fizyczny, jednak to samo odnosi się do innych naszych sytuacji życiowych, szczególnie jeśli chodzi o ból emocjonalny. Piszę jeszcze raz na ten temat, gdyż widzę wokoło tyle ludzi, którzy nie potrafią zaakceptować nieodwracalnych sytuacji i cierpią przez to niesamowicie.

Nagle dostajemy diagnozę choroby, umiera człowiek, którego kochaliśmy, związek, który miał trwać na zawsze, nagle się kończy. Popadamy w rozpacz, nie możemy zrozumieć, dlaczego to przydarzyło się akurat nam, nasz świat się rozpada, gorycz, zrezygnowanie. Płaczemy. I nie ma w tym nic złego, wypełnia nas smutek, wiec płaczemy. Tak jak pisałam w artykule “Mit pozytywnego myślenia” – jest to czas na płacz.

Ale co dalej? Nie możemy przecież płakać w nieskończoność, bo czeka na nas życie, w jakiejkolwiek sytuacji byśmy się nie znajdowali.

Po tym jak spojrzeliśmy naszemu smutkowi w twarz, i w końcu otarliśmy łzy, przychodzi czas na akceptację. Akceptację sytuacji, w której się znajdujemy. I mówię tu o akceptacji kompletnej. Nic danej sytuacji nie zmieni, choćbyśmy stanęli na głowie. Akceptując, mówimy życiu: TAK. Jakiekolwiek by ono nie było. Reakcja na NIE jest szaleństwem.

I ostatni krok: po akceptacji nadchodzi pytanie: w jakim kierunku chcę teraz iść? Z tej pozycji wyjściowej.

Nasuwa mi się tutaj historia, jaką niedawno opowiedział mi mój znajomy, który jest coachem.  Jego klientem od ubiegłego roku jest szwajcarski narciarz Christoph Kunz. Christoph porusza się na wózku inwalidzkim, od wypadku na motorze w 2000 roku. Taki los u wielu spowodowałby depresję, i całkowitą rezygnację. Dlaczego właśnie ja? W fazie początkowej Christoph pewnie również zadawał sobie to pytanie, pewnie również płynęły łzy. Ale po otarciu łez, Christoph zapewne całkowicie zaakceptował sytuację, w jakiej się znalazł, bo inaczej nie osiągnął by tego, co osiągnął. Stwierdził, że inwalidztwo nie stanie mu na drodze do życia w pełni. Rozpoczął regularne treningi na monoski i w tym roku zdobył po raz pierwszy zloty i srebrny medal na Paraolimpiadzie w Vancouver.

Dla mnie Christoph jest niesamowitą inspiracją. Akceptacja pozwoliła mu żyć pełni życiem!

Pozdrawiam serdecznie!